Nieperfekcyjna Mama: Matko, wyluzuj (wywiad)
Pin It

„Cokolwiek byśmy nie zrobiły, zawsze znajdzie się ktoś, kto oceni nas źle. Nie ma sensu obarczać się wyrzutami sumienia, trzeba wyluzować i robić swoje” – przekonuje Anna Dydzik, autorka bloga i książki „Nieperfekcyjna Mama” w rozmowie na temat macierzyństwa.

„Nie chcę, aby książka zniechęcała młode kobiety do macierzyństwa. Chcę aby od początku wiedziały, że bycie mamą to nie miód i orzeszki na każdym kroku” – piszesz w swojej książce. Czego warto być świadomym, zanim na świecie pojawi się dziecko? Co warto wiedzieć wcześniej?

Kiedy byłam w ciąży, istniały wokół mnie dwa obozy „cioć dobra rada”. Jeden mówił, że macierzyństwo jest wspaniałe i tak jak sobie wszystko zaplanuję, tak będzie. Drugi straszył – „teraz to dopiero zobaczysz”, „wszystko się skończy”, „nic nie będziesz mogła zrobić”, „nigdzie nie będziesz mogła wyjść”. W książce chciałam to wypośrodkować – pokazać, że faktycznie macierzyństwo jest czymś fajnym, ale trzeba być też przygotowanym na różne wyrzeczenia. Bo to nie jest tak, że macierzyństwo nic nie zmienia. Trochę jednak jesteśmy uwiązane w domu, przynajmniej przez pierwsze miesiące. Więc macierzyństwo jest super, ale bądź gotowa na gorsze momenty, wątpliwości, załamania. Z tego, co widzę, każda mama przez to przechodzi. Wydawało mi się, że tylko ja tak kiepsko sobie radzę w nowej roli, ale prowadzenie bloga uświadomiło mi, że my wszystkie tak mamy. Uznałam, że dobrze jest o tym napisać, bo nie widziałam na rynku książki, która mówiłaby o macierzyństwie wprost.

Ten drugi obóz często jest dość silny. Przyszli rodzice nierzadko słyszą, że oto nadchodzi czas zupełnego uwiązania. Jak teraz to widzisz, jako mama trójki dzieci?

Na początku faktycznie dałam się zamknąć w domu, ale sama na to pozwoliłam. Wydawało mi się, że tak trzeba. Skoro podejmuję decyzję o powołaniu na świat dzieci i ich wychowaniu, to teraz rezygnuję z siebie i poświęcam się tylko rodzinie. To jest bardzo złudne. W momencie, kiedy nie mamy nic więcej niż tylko dzieci, pranie, sprzątanie, gotowanie i czekanie z obiadem na męża, okazuje się, że wcale nie jesteśmy szczęśliwe. Oczywiście, przez te pierwsze miesiące to może i jest fajne, ale im dłużej siedzimy w domu, tym jest gorzej. W pewnym momencie walnęłam ręką w stół i powiedziałam, że teraz koniec, ja też mam swoje potrzeby i marzenia. Pokazuję kobietom, aby nie rezygnowały z siebie. Wcale nie trzeba się zamykać i poświęcać oraz można godzić różne sfery. Fakt, jest to męczące, ale daje tak wiele satysfakcji, że – przewrotnie – uciekając trochę od macierzyństwa, daje nam ono więcej radości. Jeżeli spełniam się na innych płaszczyznach, to po powrocie do domu chce mi się z dziećmi bawić, jestem za nimi stęskniona, cieszę się, że siedzimy i układamy klocki. To nie jest tak, że jesteśmy wyrodne, kiedy uciekamy z domu. Te ucieczki pozytywnie odbijają się na naszym macierzyństwie.

Matki są chyba najbardziej oceniane przez innych, są pod ciągłą presją, łatwo wytyka się im błędy…

Tak, tatusia nigdy się nie ocenia, jego się wręcz chwali. Jak zmieni dziecku pieluchę, to jest supertatusiem, nikt nie widzi, że mama robi to 30 razy na dobę. Jeżeli tatuś ma jakieś braki w wiedzy i nie wie, kiedy się wprowadza marchewkę czy brokuły, to nic się nie dzieje, ma do tego prawo. A kiedy mama nie wie? Jeśli jeszcze zada takie pytanie na forum, od razu zostanie zlinczowana, bo jak to – „zostałaś mamą i nie wiesz?”.

Tych wojen pomiędzy matkami na forach jest mnóstwo – poród naturalny a cesarskie cięcie, karmienie naturalne a mlekiem modyfikowanym, szczepienie a brak szczepień… Jak je postrzegasz?

Stworzyłam na Facebooku grupę czytelniczek bloga „Nieperfekcyjna Mama”. To miała być grupa bez hejtu, oceniania, można było zadać każde pytanie. Do momentu, kiedy były przyjmowane wszystkie dziewczyny, były wojny, chociaż wszystkie wiedziały z jakim zamiarem powstało to miejsce. Przestałam więc przyjmować nowe osoby, a grupa zrobiła się tajna. Teraz jest tam spokój. Dziewczyny zauważyły, że jeśli hejtujesz, wylatujesz. Jest to trudne, ale trzeba pokazywać, że mamy sobie podawać ręce, a nie podstawiać nogi. Kosztowało mnie to sporo nerwów, ale da się.

To zjawisko jest ogromne. Skąd się bierze?

Nie wiem czy to kwestia tego, że kobiety takie są, czy tylko matki tak mają? Są jak lwice, które walczą. Nie wiem, skąd się to bierze. Na pewno po części z jakiś kompleksów, z chęci udowadniania czegoś. Jeżeli nie czujemy się docenione w domu czy na innych polach, to może właśnie w internecie chcemy udowodnić innym, że jesteśmy lepsze.

Piszesz w książce, aby unikać jak ognia mam, które wszystko wiedzą.

Miałam kiedyś znajomą, która znała odpowiedzi na wszystkie pytania. Znała się na wszystkim i nawet nieproszona o radę, zawsze jej udzielała. To jest tak męczące, że dla własnego zdrowia psychicznego polecam wystrzegać się takich osób. Nawet jeśli jesteśmy pewne siebie i mamy wysokie poczucie własnej wartości, to jeżeli po raz kolejny słyszymy tę samą radę, mimo wszystko zaczynamy wątpić, czy ta osoba nie ma czasem racji. Warto zaufać swojej intuicji i takie osoby trzymać na dystans.

Ale w gruncie rzeczy piszesz też, że matki, kobiety wszystkie jesteśmy do siebie podobne. Co to znaczy?

Bez względu na to, jakie podejmujemy decyzje, jak wychowujemy pociechy, jakie mamy w życiu wzorce i priorytety – wszystkie chcemy dobra dla naszych dzieci. Przykładowo, ja szczepię swoje córki, ale rozumiem kobiety, które nie szczepią, bo robią tak nie dlatego, że chcą zaszkodzić dziecku, tylko uważają, że postępują słusznie. Dlatego nie pozwalam na ocenianie innych mam i sama też nie oceniam. Wierzę, że kobiety, matki łączy to, że chcemy dobra dla swoich dzieci bez względu na dokonywane wybory. Przecież nikt nie robi niczego z wolą skrzywdzenia swojego dziecka.

Przez całą Twoją książkę przewija się jedno, wspomniane przed chwilą słowo: dystans.

Często je powtarzam, bo długo musiałam się tego uczyć. Zawsze, od najmłodszych lat przejmowałam się opinią innych osób. Wydawało mi się, że albo jesteś najlepsza, albo żadna, nie ma nic pomiędzy. Przez całe życie martwiłam się tym, co pomyślą o mnie inni. Gdy po ślubie zamieszkałam w domu męża, zależało mi na dobrej opinii teściowej. Nasze metody wychowawcze bardzo się jednak różniły i trudno było znaleźć złoty środek, aby wszyscy byli zadowoleni. Doszłam do takiego etapu, że byłam już pod ścianą i stwierdziłam, że albo robię tak, aby było mi dobrze, albo będzie dobrze innym. Nie było wyjścia, trzeba było też odciąć się od niektórych osób. Czytelniczki po przeczytaniu książki też do mnie piszą, że niepotrzebnie się przejmują, co powie o nich mama czy sąsiadka. Myślę, że mamy potrzebowały tego, aby o tym napisać.

Chyba bardzo łatwo można też wpaść w taką pułapkę perfekcjonizmu?            

Chcemy, aby wszystko było idealnie, naczytamy się poradników, stron internetowych i wydaje nam się, że jak dziecko się urodzi to wszystko ładnie się poukłada i będziemy szczęśliwą mamą jak z reklamy z różowym, słodkim, niepłaczącym bobasem u boku. Tymczasem okazuje się, że dziecko z reklamy nie miało kolek, a nasze ma. Nikt nie mówił, że ząbkowanie jest cholernie trudne nie tylko dla dziecka, lecz także dla mamy. Są przecież sytuacje, w których potrafimy zdenerwować się na własne dziecko. Perfekcyjna mama tego nie robi, kocha swoje dziecko mimo wszystko. Dostajemy trochę po głowie. Nie da się być perfekcyjną mamą, bo emocje zawsze wezmą górę i nie zawsze są one pozytywne.

No tak, macierzyństwo to też porażki i rozczarowanie, piszesz o tym wprost. Przyznajesz się do tego otwarcie i namawiasz też inne kobiety, by dały sobie przyzwolenie na popełnianie błędów.

Teoretycznie wydaje nam się, że jesteśmy przygotowane do macierzyństwa. Jak się tak naczytamy, nasłuchamy to jesteśmy przekonane, że sobie świetnie poradzimy. Tylko np. nie wystarczy wiedzieć wszystkiego o laktacji, by móc karmić piersią. Mnie się wydawało, że wiem wszystko, a nagle się okazało, że psychicznie nie dałam sobie z tym rady. Nie byłam gotowa na to, że mogę sobie nie poradzić. Musiałam szukać wsparcia, którego i tak nie znalazłam, bo poradnia laktacyjna niewiele mi pomogła. W tamtym czasie obwiniałam tylko siebie. Uznałam, że w przeciwieństwie do innych mam widocznie ja się do tego nie nadaję. To był moment, w którym uznałam, że skoro na starcie nie jestem perfekcyjna to pewnie już nigdy nie będę. To był chyba najgorszy moment w całym moim macierzyństwie.

Ale przeszłaś przez to.

Tak, to skumulowało się też z baby blues. Mąż też nie wiedział, jak mnie wesprzeć. Teraz widzę kobiety, które są w tym samym momencie życia. Często do mnie o tym piszą. Pierwsze, co im mówię, to aby szukały fachowej porady. To nie jest tak, że napisałam wpis na blogu, że jak się nie uda karmić piersią, to podaj dziecku butelkę i nic się nie stanie. Nadal uważam, że karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka. Wiem jednak, że jest taki moment, kiedy kobieta nie daje sobie rady psychicznie i czasami dla dobra tej matki faktycznie lepiej jak zdecyduje się na mleko modyfikowane. Mnie to uratowało. Pamiętam, gdy Martyna wypiła swoje pierwsze 60 ml „sztucznego” mleka i zasnęła na kilka godzin. Dopiero wtedy mogłam się położyć i odpocząć. Wszystkie moje wyrzuty sumienia minęły.

Te słynne matczyne wyrzuty sumienia. Jak sobie z nimi radzisz?

Teraz już nie mam żadnych. Coś mi nie wyszło – trudno, spróbuję jeszcze raz albo zrobię to inaczej. Akurat wtedy, gdy miałam problemy z laktacją, była duża nagonka na karmienie naturalne i stąd te wyrzuty sumienia.

Ale nagonki dotyczą wielu różnych sfer, np. iść do pracy czy zostać w domu… itd.

Ja znowu miałam wyrzuty sumienia, że nie idę do pracy! To zależy w jakim środowisku się obracamy. Jeśli jesteśmy wśród mam, które nie pracują, to są one oceniane przez pryzmat tego, że siedzą w domu, nic nie robią, mogłyby się wziąć do roboty. Z drugiej strony, jak mama wróci do pracy, pojawią się głosy, że zostawiła tak małe dziecko z nianią czy w żłobku, a przecież nie musiała tego robić. Cokolwiek byśmy nie zrobiły, zawsze znajdzie się ktoś, kto oceni nas źle. Nie ma sensu obarczać się wyrzutami sumienia, trzeba wyluzować i robić swoje. Dzisiaj wszędzie można przeczytać slogany „bądź sobą”, „żyj w zgodzie ze sobą” itd. Łatwiej jest jednak o tym przeczytać, niż wprowadzić we własne życie. Ja na szczęście doszłam już do tego etapu, że się nie przejmuję. Pamiętam, że były takie momenty, że gdy ktoś zapukał do drzwi, od razu rzucałam się do sprzątania zabawek. Teraz otwieram drzwi, zapraszam i cóż, zabawki leżą, bo moje dzieci się nimi bawią i nie ma sensu ich co chwilę sprzątać. Nie robiłabym chyba nic innego.

Pamiętasz ten moment, kiedy uznałaś, że trzeba sobie odpuścić, wyluzować?

To było wtedy, kiedy zaczęłam czytać blogi, na których zawsze były zdjęcia czystych i wystylizowanych dzieci. Jak widziałam zdjęcia rocznych dziewczynek w pięknych sukienkach z falbankami, które ładnie siedzą przy stole, a za nimi są białe ściany i pięknie urządzone pomieszczenia, rozglądałam się po swoim domu i myślałam – „to niemożliwe”. Wtedy była tylko Martyna, bliźniaczek nie było jeszcze na świecie. Miałam już wtedy za sobą problemy z karmieniem, lekturę poradników, wysłuchiwanie rad od cioć i znajomych. Stwierdziłam, że stworzę blog, na którym będzie normalne, prawdziwe życie, ale bez odstraszania od macierzyństwa.

Właśnie wspominasz w książce, że nic tak doskonale nie wprawi w przygnębienie i nie udowodni innym matkom, że są beznadziejne, jak blogi adresowane do rodziców.

To prawda. Coraz częściej jednak spotykam takie, na których widać normalne życie, gdzie na zdjęciu widać w tle, np. stertę prania. Ale są też takie, gdzie każdy wpis musi powstać w połączeniu z profesjonalną sesją fotograficzną. Fajnie jednak, że czytelnicy chcą tej normalności nawet w internecie.

Jest coś, co cię irytuje w tzw. branży parentingowej?

Parenting to trudna kategoria. Nadal 90% blogerów parentingowych to mamy, tatusiów wciąż jest mało. Mamy to lwice, które walczą. Jedna ocenia drugą przez pryzmat tego, jak i o czym pisze, albo oskarżają się, że jedna drugiej podkradła temat. W parentingu nie można wymyślić nowego tematu, jest tylko inny punkt widzenia. Inną sprawą jest plagiat. Na początku, gdy widziałam te spięcia, odcinałam się od nich, bo twierdziłam, że nie potrzebuję przyjaźni w blogosferze. Teraz widzę, że do tego wszystkiego też trzeba mieć dystans. To są mamy walczące o dobro dzieci, o dobro bloga i o to, aby być jak najlepszą i zajmować wysokie pozycje w rankingach. Od tego się odcięłam, bo to kolejne pole do porównywania się, tylko już w świecie wirtualnym, a nie w codziennym życiu. Żadnych rankingów, żadnego wyścigu szczurów, robić tylko to, co się kocha 🙂

Wspomniałaś wcześniej o tym, że wiele kobiet pisze do Ciebie z prośbą o poradę. Bywa, że czasami blogerzy wchodzą w rolę eksperta, gdy pojawiają się pytania, np. kwestie zdrowotne. Co o tym myślisz?

Często piszę dziewczynom, że nie wiem albo nie mam kompetencji, aby udzielać takich odpowiedzi. Nawet na blogu w zakładce „o mnie” informuję, że to, o czym piszę, nie jest poparte naukowymi danymi, nie kontaktuję się z ekspertami, piszę o swoich doświadczeniach. Odpowiadam na wszystkie wiadomości, jakie do mnie przychodzą, ale staram się nie udzielać rad w temacie, o którym nie mam pojęcia i odsyłam wtedy do specjalistów. Gdy piszę jakiś post i przedstawiam w nim swoje rozwiązania to zawsze dodaję, że to są moje doświadczenia i jeśli ktoś chce, może spróbować zrobić tak samo, ale wcale nie musi. W ogóle bardzo nie lubię książek, stron, ludzi, którzy mówią „musisz” i „powinnaś”. Ja nic nie muszę i nic nie powinnam, ewentualnie mogę się zastanowić, czy tak zrobić. I to staram się przekazać na blogu. Zbyt wiele w życiu musimy. Wyluzujmy.

Nie musimy mieć nawet dzieci.

Właśnie. Doskonale rozumiem kobiety, które się nie decydują na macierzyństwo. Ja nie żałuję, że podjęłam taką decyzję, ale rozumiem kobiety, które nie chcą mieć dzieci albo decydują się tylko na jedno.

W ogóle, moje dzieci są już duże – starsza córka ma 7 lat, młodsze – 3 lata. Przez długi czas myślałam tak, że nigdzie nie mogę wyjść na imprezę, ani z nikim nie mogę się spontanicznie umówić. Ciążyło mi to przez jakiś czas, ale pocieszałam się: „Ania twoje dzieci rosną, za chwilę będą samodzielne, pójdą do przedszkola, odetchniesz”. I widzę, że te kobiety, którym wtedy zazdrościłam wolności, teraz zachodzą w ciążę i rodzą dzieci. Ja mam ten etap już za sobą i mogę sobie pozwolić na więcej. Czuję taką sprawiedliwość na świecie 🙂 Dlatego myślę, że parenting nigdy nie umrze, bo nowe mamy będą się pojawiać każdego dnia. I znów będą te same tematy, problemy. Już przecież moja mama musiała się z nimi borykać.

Twoja mama czytała już książkę? Często wspominasz w niej o Waszych relacjach.

Tak, czytała. Była pierwszą osobą, która dostała tę książkę i wiedziała, że będzie dedykowana właśnie jej. Jestem z mamą bardzo blisko, mimo że nie zgadzam się z nią w kilku kwestiach związanych z wychowaniem dzieci. Spieramy się równie często jak popieramy, ale jest mi jedną z najbliższych osób.

Jak na Twój sukces zareagowało otoczenie?

Pierwsza „Nieperfekcyjna Mama” powstała 4 lata temu na ogólnej platformie dla blogerów blox.pl. Nie miałam wtedy pojęcia, że blog można rozwinąć do takiego stopnia, aby na nim zarabiać i z niego żyć. W międzyczasie powstał fanpage na Facebooku, na którym zaczęło pojawiać się coraz więcej osób. Mój mąż za każdym razem, gdy widział mnie przy komputerze twierdził, że to marnowanie czasu. Nie rozumiał, że potrzebuję chwili dla siebie i prowadzenie bloga właśnie mi to daje. Później urodziłam bliźniaczki i po tym, jak ukończyły 3 miesiące, postanowiłam zająć się blogowaniem na poważnie. Byłam już nauczona doświadczeniem po pierwszej córce, że nie mogę znów zamknąć się w domu. Blog powstał na nowo. Bardzo szybko odezwało się do mnie wydawnictwo Muza z propozycją wydania książki. Dopiero wtedy mąż zaczął doceniać to, co robię. Często powtarzałam, że mam mu za złe, że od początku nie był dla mnie wsparciem. Trudno było mu zaakceptować, że to nie on przedstawiał mnie w towarzystwie, jako swoją żonę, tylko ktoś poznawał go i mówił „to mąż Nieperfekcyjnej”. Musiał się do tego przyzwyczaić. Teraz w związku z tym, że często gdzieś wyjeżdżam, Łukasz sam zostaje w domu z córkami i coraz częściej mówi, że podobałoby mu się, gdyby to on zajmował się domem. Stąd też te moje wpisy na blogu, że mężczyzna daje sobie radę, tylko trzeba mu dać na to szansę albo postawić go pod murem – słuchaj, jadę, to jest mój czas, teraz ja chcę się spełniać, a ty zostajesz z dziećmi. Dziś jest ze mnie bardzo dumny.

A kobiety z twojego otoczenia? Czujesz ich wsparcie czy wręcz przeciwnie?

Bałam się, że będę miała opinię, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Usłyszałam to zresztą od byłej przyjaciółki, z którą nie miałam kontaktu od dwóch lat, kiedy otrzymałam statuetkę „Kobieta sukcesu” w plebiscycie Nowej Trybuny Opolskiej. Do takich opinii też trzeba podejść z dystansem. Wystarczy mi to, że nadal wspierają mnie osoby, które zawsze dobrze mi życzyły. Prawdziwi przyjaciele nigdy cię nie ocenią, będą przy tobie. Uważam, że przyjaciół nie poznaje się w biedzie, tylko po tym, jak znoszą twój sukces.

Na koniec – co powiedziałabyś osobom, które spodziewają się dziecka, nie wiedzą co ich czeka, zastanawiają się, jak to będzie, i mają różne obawy?

Żeby zaufały swojej intuicji, podchodziły do wszystkiego zdroworozsądkowo, nie przejmowały się opinią innych osób i odcięły się od ludzi, którzy próbują narzucać im swoją wolę. Trzeba odciąć się od wampirów energetycznych, którzy powtarzają, że teraz będzie beznadziejnie, bo faktycznie później będziemy się tak czuć.

Przede wszystkim nie zapominajmy o tym, że nadal jest się kobietą, a nie tylko mamą, i nie dzieje się nic złego, kiedy mamy marzenia, chcemy wyjść z domu i się spełniać. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mi jest łatwiej, bo uczestniczę w różnych blogerskich spotkaniach, często wyjeżdżam itd. Tylko że tu nie trzeba robić nic wielkiego, wystarczy mieć coś, co będzie tylko moje i nie będzie w tym dzieci. To może być wyjście na fitness raz w tygodniu, wizyta u kosmetyczki, zamknięcie się w drugim pokoju na dwie godziny i czytanie książki. Jeżeli będziemy miały taką jedną rzecz, która będzie dawała nam radość, to macierzyństwo będzie wtedy naprawdę super.

Polecamy – Blog Ojciec: Ojcostwo to dar (wywiad)


Anna DydzikAnna Dydzik  32 lata. Z wykształcenia technik analityki medycznej, z wyboru i zamiłowania blogerka. Mama siedmioletniej Martynki i prawie trzyletnich bliźniaczek Pauliny i Liliany. Szczęśliwa żona. W 2016 r. wydała swoją pierwszą książkę „Nieperfekcyjna Mama”.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

1 KOMENTARZ

  1. Miło spotkać takie podejście do macierzyństwa. Perfekcyjne mamy, dzieci, mieszkania… To wszystko potem ma dalszy ciąg. Moje dzieci są już w wieku szkolnym i zauważam zewsząd parcie na naukę. Zaczynając od nauczycieli hołdujących zasadzie „im więcej zadane, tym lepiej” po innych rodziców i dziadków, oszołomionych ogromem możliwości, kursów, szkoleń itp. Czy tylko ja widzę w tych już – zajechanych dzieciakach przyszłych klientów gabinetów psychoterapeutycznych?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ